2005-08 Kołobrzeg

I impreza turystyczno integracyjna pojazdów starych i zabytkowych 13 - 15 sierpnia 2005 r.

A może nad morze?

Oto historia niezwykłego spotkania, które odbyło się w dniach 13 - 15 sierpnia 2005 r. w Kołobrzegu i okolicach.

Zlot został zorganizowany głównie dzięki zawiązanemu niedawno w Kołobrzegu Stowarzyszeniu Miłośników Dawnej Motoryzacji. O tym, że coś podobnego ma powstać na wybrzeżu, słyszeliśmy od Bogdana Stachowiaka, który jest prezesem Stowarzyszenia i który był głównym organizatorem tego bardzo udanego spotkania.

Bardzo dziękujemy za otrzymane zaproszenie i za zapewnienie wspaniałej zabawy na zlocie. Warto było jechać tyle kilometrów, aby być w tych dniach z Wami.


W drodze do Kołobrzegu

Z wyjazdem nad morze było tak, że niemal do ostatniej chwili nie byliśmy pewni, czy pojedziemy. Umówiony z Grzegorzem i Andrzejem na 10:00 wyjazd w wyniku porannej rozmowy telefonicznej został przesunięty o dwie godziny. Ale w końcu zameldowaliśmy się u wrót posesji Kuleszów, gdzie powitały nas poczciwe psiaki i gotowy do drogi Andrzej. Niestety, Grzegorz tym razem musiał zostać w Warszawie.

Cóż, w drodze mieliśmy różne pomysły. Przede wszystkim gadaliśmy sobie przez CB, dzwoniliśmy do znajomych, np. do dziewczyn z Mogilna, które tak jak my były na trasie do Kołobrzegu. Podróż, choć długa, nie była wcale uciążliwa. Po drodze zabawiałam chłopaków głupimi rymowankami w stylu:

To było zawsze moje marzenie: 
jechać nad morze w syrenie. 
Lecz jest mi szkoda, ze nad to morze 
nie pojedziemy dzisiaj z Grzegorzem.

Mimo to przyjemnie spędzamy chwile, 
lubią z nami gadać mobile, 
aura dobra do jazdy - nie upał, 
wygodne siedzenia - nie boli dupa."

Zanim dojechaliśmy do Kołobrzegu, skręciliśmy jeszcze do Gąsek. Znajomi Andrzeja, którzy spędzali tam właśnie wakacje, otworzyli szeroko oczy ze zdumienia, gdy na pole wjechały dwie syreny, zaparkowały tuż przed ich przyczepą, a z jednej wyszedł uśmiechnięty Andrzej.





wieczór w sali polonistycznej

- Agnieszka, no gdzie jesteście? - zapytałam przez telefon, ustawiając jednocześnie torbę podróżną przy wybranym łóżku. 
- Już w środku, w internacie. Szykujemy kolację. 
- O, no super. A który pokój? - zapytałam wychodząc na korytarz, by sprawdzić gdzie ja się właściwie znajduję. - 11a - padła odpowiedź w słuchawce telefonu i ... z korytarza. Agnieszka też wyszła sprawdzić numer swojego pokoju. I wtedy na szkolnym korytarzu zrobiło się trochę głośno.

W taki oto sposób został zapoczątkowany udany wieczór i noc w ścisłym gronie trzech na dwie. Skojarzenia nie są bynajmniej przypadkowe i wzięły się generalnie z recepcji szkoły. Było tak:

Gdy przyjechaliśmy na miejsce, Bogdan zaprowadził nas do recepcji. Dla zlotowiczów przygotowane były dwie sale po 8 łóżek. Recepcjonistka powiedziała, że jeden pokój jest już zajęty przez dwie kobiety i tam właśnie powinnam się wprowadzić. Byłam innego zdania. 
- Ale jak to będzie? Pani w jednym pokoju z dwoma mężczyznami?! 
- Przecież oni są małżeństwem - powiedział Andrzej, przyciągając mnie do siebie z filuternym uśmiechem. 
Recepcjonistka zamarła ze zdumienia, gdy odezwał się Krzysztof: - Oni tak zawsze.





przy śniadaniu

Ostatecznie jednak - jak wiadomo - noc spędziliśmy w piątkę w jednym pokoju. Zdumiona recepcjonistka z uwagą wysłuchała tłumaczenia chłopaków, że znaleźli jeszcze dwie dziewczyny i wszyscy troje wprowadzamy się do nich. W końcu w proporcji trzy na dwóch jest zawsze weselej.

Oj, a wesoło było bardzo! Następnego dnia jeszcze przed śniadaniem chłopaki naprawili tę roletę, którą Gosia w nocy nie wiedzieć jak delikatnie uszkodziła...

Zjedliśmy razem śniadanko, a gdy przyszedł Bogdan - powygłupialiśmy się jeszcze troszkę. Od samego rana otrzymaliśmy wspaniałe prezenty od Kołobrzeskiego Klubu i sponsorów zlotu. Nie tylko foldery i gadżety reklamowe, ale także zlotowe koszulki oraz pamiątkowe zlotowe tablice rejestracyjne do naszych autek.




    
przed pokazem

Zaraz po śniadaniu wyprowadziliśmy się z sali polonistycznej. Przy samochodach czekali na nas ... Benio i Aurelia. Powitanie było głośne i spontaniczne i ogromnie miłe! Z resztą znajomych mięliśmy przywitać się później.

Najedzeni, spakowani, przywitani i w doskonałych nastrojach, zaczęliśmy szykować nasze syrenki do godnej reprezentacji Warszawy i Mogilna na ziemiach Kołobrzegu. Agnieszka, jak zwykle doskonale przygotowana, zabrała ze sobą pełen zestaw akcesoriów pielęgnacyjnych, których oczywiście - jak zawsze - pożyczaliśmy od Niej troszkę zawstydzeni, że sami o tym nie pomyśleliśmy.

Zlot zapoczątkował uroczysty przejazd samochodów i motorów z placu przed internatem na Plac Pionierów. Parada była doskonale zorganizowana. Bezawaryjny przejazd całego peletonu - nawet przez skrzyżowania ze światłami - zapewnili zaprzyjaźnieni motocykliści. Wszyscy byliśmy pod wrażeniem!





pokaz w Kołobrzegu




















pod latarnią

Następnym punktem programu była wizyta pod latarnią morską w Kołobrzegu. Ustawiliśmy fury dookoła tego obiektu, a sami mieliśmy trochę czasu dla siebie. Organizatorzy zlotu zapewnili nam kilka dodatkowych atrakcji. Jedną z nich było zwiedzanie latarni. Oczywiście na samej górze - mimo niezłego wiatru - urządziliśmy sobie sesję fotograficzną.

Przed następną atrakcją mieliśmy trochę czasu na odpoczynek. Dlatego zwiedziliśmy "stragany" na przybrzeżnej uliczce i całą gromadą poszliśmy na herbatę do jednego z przydrożnych sezonowych barów. Wspominaliśmy minione zloty i opowiadaliśmy, jakie przygody mieliśmy po drodze do Kołobrzegu.

Herbata jak herbata, ale czas w tak miłym gronie minął nam bardzo szybko i niezwykle przyjemnie.











Viking

Atrakcją, którą organizatorzy przygotowali na ten dzień, a na którą wszyscy niecierpliwie oczekiwaliśmy, był rejs po morzu wybranym statkiem. Cóż, poszliśmy na całość i wybraliśmy najbardziej rozhuśtany statek o kształcie niemal takim, jak to zapisane jest w historii.

Nie lubię pływać. Czuję niepokój w wodzie. Na szczęście byli przy mnie przyjaciele. Z boku siedział Andrzej, którego ramię - wrzeszcząc niewiarygodnie razem ze wszystkimi - ściskałam przy każdym unoszeniu się Vikinga na fali, by potem z kolei przy każdym uderzeniu pokładu o taflę morza śmiać się Mu niemal prosto do ucha: z siebie, ze swoich wrzasków, z tego, jak wiele frajdy w gruncie rzeczy mi ten rejs daje.

Kapitan bezpiecznie przyprowadził statek do portu. Jeszcze trochę się powygłupialiśmy, wykonaliśmy kilka interesujących zdjęć tym spośród nas, którzy niebezpiecznych skojarzeń się nie boją, a potem wróciliśmy do naszych pojazdów.

Dodatkowe zdjęcia z rejsu Vikingiem dostępne są w dziale "różne historie".





Przegub

- Co się stało? - zapytał pewien ciekawski przechodzeń Adama - kierowcy naszej zlotowej lawety, na której syrena Tomka jechała na miejsce, gdzie organizatorzy przewidzieli wieczornego grilla, .
 - Nic się nie stało. Stać go - dodał Adam wskazując na Tomka - to wożę!

Cóż, zlot bez usterki nie miałby tego dreszczyka emocji. Nie byłoby wtedy okazji do wyjęcia z przepastnej dali syreniego bagażnika tej ogromnej skrzynki z narzędziami. Nie byłoby tych pełnych troski męskich spojrzeń na rozbebeszone detale tej mechanicznej łamigłówki, która co jakiś czas jest wystarczającym powodem, by spotkać się na drugim końcu Polski. W końcu też nie byłoby możliwości wymiany myśli, pokazu umiejętności, odrobiny poświęcenia, ale także dumy i satysfakcji, gdy po prawie skończonej wymianie przegubu w syrenie Tomka wszyscy udaliśmy się na obiecanego grilla.

Tego wieczoru paleniskiem rządziła Gosia. Oj, nie znacie Jej w tej roli. Była doskonała: wydawało się, że tańcząc i nucąc jednocześnie, dyryguje nad grillem przyrządami do przewracania pieczonych kiełbasek i kaszanki. Grill - rewelacja!





Poranek na dwie syrenki

Nocą chłopaki przyprowadzili syrenkę Tomka, której naprawa nie została zakończona przed grillem, na parking przed budynkiem, w którym wynajmowaliśmy pokój. Agnieszka natomiast zaparkowała swoją luksusową limuzynę wśród innych aut niedaleko grilla. I wtedy właśnie syrenka Agi pewnie pozazdrościła syrence Tomka tego dopieszczania i troski, bo pękła jej linka sprzęgła.

Humory siadły nam tylko na chwilę, bo potem generalnie było jedzenie, piwo i zabawa. Chłopaki powiedzieli, że rano wszystko się naprawi. W końcu - co dwie syrenki, to nie jedna!

Noc była niezwykle rozchichotana w naszym dwuosobowym pokoju na pięterku, w którym zupełnie na luzie zmieściło się sześć osób. Oczywiście nie udało nam się wcześnie zasnąć, mimo zadań wyznaczonych na rano. Ale nie tylko my siedzieliśmy do późna.

Naprawa syrenek wstrzymała niestety bieg zlotu, ale nikt nie miał do nas pretensji. W końcu nie chodzi przecież o żadną rywalizację, ale o to, by wszyscy mogli uczestniczyć w pokazach i żeby wszyscy dobrze się przy tym bawili.

Wspólnymi siłami udało się naprawić oba auta. Syrenką Tomka zajmował się jej właściciel oraz Krzysztof i Andrzej, a także nieoceniona Gosia, która pieczołowicie zajęła się czystością nadwozia. Syrenkę Agnieszki naprawił Mariusz ze Słupska.






Rozdanie nagród

To było rozdanie nagród na zakończenie naszego pobytu w Ustroniu Morskim. Najmilsze było to, że każda ekipa dostała pamiątkowe albumy. To już drugi raz podczas tego zlotu zostaliśmy czymś obdarowani. Taka mała rzecz, a cieszy.

Spośród pucharów zdecydowanie najciekawszy był ten, którego organizatorzy przyznali w kategorii "największy pechowiec zlotu". Więcej na ten temat można przeczytać w dziale "różne historie".

W Ustroniu Morskim Andrzej otrzymał puchar dla najstarszego pojazdu na zlocie. Jego szara syrena 104 pochodzi z 1967 r. Jest bardzo zadbana i w pełni sprawna technicznie. Ma jeszcze oryginalny lakier, ale Andrzej planuje położenie nowego. Uczestniczyła w wielu zlotach tego roku, przede wszystkim w II Unijnym Zlocie Syren i Warszaw Nekla - Kopenhaga i ani razu nie było z nią żadnych problemów. Cieszyliśmy się bardzo, że dostała puchar - wyróżnienie, na które w pełni zasługuje.









Ustronie Morskie i Sianożęty

Po rozdaniu nagród odbyło się pożegnanie z mieszkańcami tych miasteczek. Oczywiście polegało ono na tym, że organizatorzy przewidzieli zorganizowanie swego rodzaju parady aut i motocykli po drogach tych miast. Reakcje mieszkańców i turystów, których - jak to w sezonie - przebywało tam bardzo wielu, były jak zwykle bardzo spontaniczne i miłe. Niestety, nie za bardzo udało mi się uchwycić to na zdjęciach, ale to tylko dlatego, że byłam w tym czasie zajęta przeżywaniem tej chwili, czyli machaniem, uśmiechaniem się i strofowaniem Krzysztofa, by trochę jednak odpuścił z tym trąbieniem. Choć i ono ma oczywiście swój urok.

A potem zaparkowaliśmy fury na swego rodzaju pętli za miastem, ale oczywiście i tak przychodziło pełno gapiów zwabionych naszym hucznym przejazdem. Zostawiliśmy pojazdy, a sami udaliśmy się na pobliską plażę pobyczyć się trochę i odpocząć sobie lekko ponad godzinkę przed zaplanowaną na wieczór wystawą aut na placu w Dźwirzynie.









na plaży

Chociaż pogoda może nie za bardzo tego dnia nadawała się na leżenie na plaży, bardzo potrzebowaliśmy odrobiny odpoczynku po miłym, jednak troszkę wyczerpującym przejeździe przez nadmorskie miejscowości. Dlatego bardzo ucieszyło nas, że organizatorzy przewidzieli krótki odpoczynek na plaży. Zwłaszcza dla naszej warszawsko-mogileńsko-trzebiniowej miniekipy po ciężkich przejściach naprawczych, a także po krókiej nocy, podczas której nawet przez sen śmiałam się jeszcze z usłyszanych dowcipów, odrobina koca na piachu była prawdziwym błogosławieństwem.

Oczywiście, niektórzy na widok morza dostają takiego bzika, że koniecznie muszą do niego wejść niezależnie od temperatury. Byli zatem tacy, co sobie popływali, ale większość moczyła tylko nogi i ewentualnie nogawki. 

A Andrzej - no cóż. Został jednogłośnie obwołany królem plaży. W królewskim odzieniu, które skąpo okrywało monarsze ciało, stanowczym gestem władcy wskazywał pokrywę zdobytej skrzyni plażowych skarbów.

Plaża troszkę nas rozleniwiła i jednocześnie niektórych rozochociła. Już wieczorem okazało się, że pływania było stanowczo za mało. No ale o tym będzie później.





laweta

Zmierzaliśmy właśnie do Dźwirzyna i prawie dojeżdżaliśmy do Kołobrzegu, gdy nagle syrenka dziewczyn z Mogilna zaczęła się dziwnie zachowywać. W końcu zgasła zupełnie i Agnieszka zjechała na pobocze. Oczywiście zatrzymaliśmy się zaraz za nimi; zawsze ktoś się zatrzymuje w takich przypadkach, a my jechaliśmy zaraz za Agnieszką i Gośką. Pamiętaliśmy ten zlot w Krakowie, kiedy to też dziewczynom zgasła syrenka i różne były podejrzenia przyczyny usterki. Wtedy była błaha - zabrakło paliwa, a z emocji po prostu dziewczyny zapomniały o benzynie tym bardziej, że - jak się potem okazało - po prostu zawiesił się im pływak wskaźnika paliwa.

No ale tym razem? Przecież syrenka była w warsztacie i mechanicy wszystko doskonale naprawili...

Cóż, Krzysztof szybko stwierdził, że tym razem przyczyna jest dokładnie ta sama! Było zatem trochę śmiechu, trochę łez z powodu emocji. Było trochę nerwowo na CB, gdzie ogłosiliśmy, że dziewczyny jadą z nami, a ich 105 lux jedzie sobie na lawecie.

Pozostała ekipa czekała na nas na stacji benzynowej w Kołobrzegu. Adam - kierowca lawety - ku zdziwieniu wszystkich uczestników zlotu, podjechał od razu pod dystrybutor tak, aby syrenka mogła jak najszybciej otrzymać paliwo. I tak syrenka została zatankowana stojąc na lawecie. Budziło to oczywiście wiele entuzjazmu.






Pokaz w Dźwirzynie

Po tankowaniu i po przejeździe przez Kołobrzeg w asyście policji - jak na prawdziwy przejazd pokazowy przystało - ustawiliśmy nasze fury na wydzielonym placu w Dźwirzynie. Na ten dzień właściwie przewidziany był tylko krótki pokaz. Główne atrakcje miały być w poniedziałek. Jednak mieszkańcy Dźwirzyna i turyści przebywający tam na wakacjach bardzo nas zaskoczyli. Chociaż był już wieczór i mimo nieszczególnej pogody (tuż przed burzą), na plac przyszło wielu ludzi.

Niestety, nie mieliśmy za bardzo czasu, aby obserwować te ogromne tłumy nadciągające na plac, na którym ustawiliśmy auta. Dość sporą grupą udaliśmy się spacerkiem na niedzielną mszę. Wiem tylko, że mimo deszczu, który w tym czasie zaczął właśnie padać, pojazdy na placu były oblegane.

Na wieczór - już ostatni wspólny - przewidziany był grill, tym razem także z pyszną rybą wędzoną. A dalszą część mogliśmy zaplanować sobie sami. Przeparkowaliśmy samochody na zamykany plac, gdzie również można było rozłożyć sobie namioty. Jednak po długich wahaniach, zarówno my jak i Andrzej, Tomek i dziewczyny z Mogilna, postanowiliśmy spać w syrenkach. 

Ale zanim położyliśmy się spać (a już prawie świtało), oj wiele się działo, wiele wiele!





Nocą na plaży

Jeśli chodzi o nasz ostatni wieczór na zlocie, to przede wszystkim nikomu nie chciało się spać. Najpierw wspólnie zjedliśmy kolację - przy grillu znowu królowała Gosia! A potem każdego dokądś poniosło. Nas poniosło oczywiście nad morze, głównie za przyczyną Tomka i Mariusza, którzy koniecznie chcieli jeszcze trochę poparadować z mokrymi majtkami owiniętymi ręcznikiem po plaży.

Po drodze zgarnęliśmy jeszcze Benia z Aurelią, wracających z romantycznego spaceru we dwoje i całą grupą ulokowaliśmy się na brzegu. Gadaliśmy, gadaliśmy, a w tym czasie Gosia przygotowywała dla nas niespodziankę. O tym jednak można przeczytać w dziale "Różne historie".

Co jeszcze wydarzyło się tej nocy na plaży? Tomek i Mariusz rzeczywiście popłynęli, po powrocie na brzeg próbowali wrzucić Gosię do morza, a oprócz tego po tym wszystkim postanowiliśmy po prostu ulokować się w jakimś pubie i zrobić powtórkę z rozrywki. No i tak właśnie się stało.









W pubie

Podekscytowani, wykąpani i roześmiani udaliśmy do najbliższego pubu. Postanowiliśmy pogadać sobie przy stoliku, wypić piwo, zjeść lody i inne takie. Oczywiście zaczęło się niezwykle niewinnie, a potem wyszło na to, że urządziliśmy sobie prywatny maraton uśmiechu. Młody, Mariusz i oczywiście Tomek sypali dowcipami z każdego możliwego rękawa i nawet barmanka się śmiała.

To absolutnie nie był koniec wieczoru. Spacerkiem wróciliśmy na nasze pole, zaliczając po drodze jakieś gry w pobliskich barach. Było wesoło i nie mieliśmy dosyć.

W lekko okrojonym składzie poszliśmy sobie na dyskotekę - za siatką. Trochę tańczyłyśmy z dziewczynami, a potem, gdy muzyka się skiepściła, wysłuchaliśmy autorskiego wykonania jednego bliżej mi nieznanego kawałka hip-hopowego w genialnym tłumaczeniu Mariusza. Do dziś pamiętam ten rytm, te słowa, to wyczucie chwili.

Zmęczeni już nie na żarty rozeszliśmy się do naszych syrenek, zapakowaliśmy się grzecznie w śpiworki i po prostu padliśmy. Na 8.00 umówiliśmy się na mszę (czyli z rana cała ekipa podjęła bohatersko akcję "dobudzić Tomka"), a potem czekał nas kolejny - ostatni już dzień naszego pobytu nad morzem.





Pożegnanie z Dźwirzynem

Ostatniego dnia pojeździliśmy sobie troszkę po Dźwirzynie i okolicach, a potem na placu, na którym poprzedniego dnia mieliśmy pokaz, organizatorzy rozdali nam znowu puchary. Odbyło się oficjalne zakończenie zlotu, wykonaliśmy ostatnie zdjęcia grupowe i indywidualne, ucałowaliśmy i uściskaliśmy się, no i zasadniczo każdy rozjechał się w swoją stronę. Niektórzy - prawie miejscowi - postanowili skorzystać jeszcze z pięknej pogody. 

Ekipa warszawska - czyli Andrzej i my - wyjechała zaraz po oficjalnym zakończeniu, czyli około 14:00. Przed nami pozostała jeszcze długa droga do pokonania, no ale nie tak długa jak droga Tomka z Trzebini.

O 00:40 byliśmy już w domu. Przejechaliśmy w sumie 1067 km.









Dziewczyny z Mogilna

Z Agnieszką i Gosią poznaliśmy się podczas II Unijnego Rajdu Syren i Warszaw Nekla - Kopenhaga. Dokładnie kiedy - nie pamiętam. Najważniejsze, że od razu przypadliśmy sobie do gustu. 

Jak ich nie kochać? Dwie wspaniałe dziewczyny, siostry, każda inna. Prywatnie zdradzę, że z każdą z nich gada mi się doskonale, wspaniale śmieje, dobrze rozumie i - jak trzeba - bezpiecznie płacze. Dlatego poznanie ich uważam za rzecz cenniejszą nawet od samego rajdu. A nasz wyjazd na każdy kolejny zlot jest uzależniony między innymi od ich obecności. Oboje z Krzysztofem żałujemy jedynie, że nie mogliśmy być na "Roczku" syreny Agi, no ale cóż - nadrobimy kiedyś! No i może w końcu uda nam się dotrzeć na osławiony mogileński rajd.

Nie wiem, jak to się dzieje, że z Agnieszką mam raczej mało zdjęć. Za to z Gosią - przeciwnie! Jest już chyba tradycją, że chętnie razem pozujemy.




Andrzej

Razem z Andrzejem i Grzegorzem stanowimy ostatnio jedyną reprezentację Warszawy na rajdach unijnych i zlotach ogólnopolskich. Zawsze razem wyruszamy na te eskapady, a wyjazd bez chociaż jednego z nich wydaje się pozbawiony sensu. Spotykamy się również między zlotami w Warszawie i raczej na stopie koleżeńskiej, a nie tylko syrenkowej.

Bardzo cenimy sobię tę przyjaźń, która również została zapoczątkowana podczas II Rajdu Unijnego. Mamy nadzieję, że przetrwa niezależnie od naszego zaangażowania we wspólną sprawę. Andrzejowi zawdzięczam wiele, a pierwsza w życiu przejażdżka syreną 104 i pomocne ramię nie tylko podczas rejsu statkiem, to wierzchołek góry lodowej! Dlatego - dla Andrzeja - wiersz:

jest taki jeden Andrzej Kulesza
 co w głowach nieźle dziewczynom miesza
 ma sprzęt niezły, sprzęt na chodzie
 co dla dziewczyn zawsze jest w modzie
 i nawet nie to, że Andrzej szpanuje
 lecz sprzęt swój chętnie im prezentuje
 i czy to Ania, Gosia, Marzena
 zachwyca je zawsze Andrzeja syrena



rogacze

Tu można obejrzeć całkiem nietypowe zdjęcia, które zostały wykonane podczas pamiętnego rejsu statkiem Viking po morzu w Kołobrzegu.

W jedną stronę - gdy statek płynął pod fale - wrzeszczeliśmy i piszczeliśmy. A w drugą stronę - było troszkę nudniej. Pewnie dlatego na tę ewentualność przygotowana była załoga Vikinga. Wszyscy mogli zrobić sobie różne zabawne zdjęcia w choćby częściowym stroju wojowników.

I dlatego większość naszych panów zamieniła się rogaczy. A niektórym - to nawet bardzo do twarzy w tym było!




Tomek

Kiedyś Krzysztof opowiadał znajomym, jak to było na jakimś tam zlocie. I zaczął wymieniać, kto był, że dziewczyny i Andrzej, ksiądz i ktoś tam. I znajomy mu przerwał: "ksiądz? fajna ksywa!". Bardzo się uśmieliśmy.

Z tego powodu, że tak naprawdę "ksiądz" to nie jest ksywa, Tomek pełni na naszych zlotach przynajmniej dwie funkcje. I za obie bardzo go lubimy i darzymy wielkim przywiązaniem.

Na tym zlocie wyszły na jaw jeszcze dwie sprawy z nim związane. Pierwsza - że jest nieprzeciętnym wprost kawalarzem. Nie przegadasz chłopa po prostu. Zna chyba każdy dowcip i - co lepsze - potrafi go tak opowiedzieć, że te chwile śmiechu wspomina się potem niezwykle sympatycznie.

I rzecz druga - chociaż do tego tytułu na zlocie pretendowały w sumie także dziewczyny z Mogilna, to on zgarnął im sprzed nosa puchar dla największego pechowca zlotu!




historia pewnego napisu

Nocą na plaży w Dźwirzynie Gosia usypała z piasku napis "syrena". Doskonale wyraził powód naszej obecności na zlocie. Napis ten symbolizuje też coś, co połączyło nas z tyloma ludźmi z całej Polski. Jeden samochód, dzięki któremu splotły się nasze życiorysy. Coś niesamowitego.

Z drugiej strony nie byłabym sobą, gdybym nie zauważyła także cząstki czegoś pesymistycznego w tym symbolu. Mam nadzieję, że nasza przyjaźń przetrwa dłużej niż ten napis z piasku na cudownej plaży w pewną sierpniową noc.




Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Dziękuję!
Komentarz ukaże się na stronie po zatwierdzeniu przez administratora strony.